Wypadek nurkowy Buszewo pl.rec.nurkowanie.

Witam. Jak obiecałem, tak dotrzymam. Ale, jak zwykle w takich przypadkach, na wstępie kilka słów wyjaśnień:

  1. To co napisałem jest wyłącznie moim stwierdzenie, a nie jest oficjalnym stanowiskiem OSP RW w Lublinie. W klubie powołano "specjalna" komisje do zbadania sprawy i wyciągnięcia wniosków. Sądziłem, ze zbierze się ona wczoraj i przedstawi swój punkt widzenia. Tak się nie stało, komisja jeszcze sprawę bada.
  2. Komisja nie zabroniła mi (bo niby dlaczego) napisać na listę o tej sprawie, choć mocno mi to odradzała, biorąc pod uwagę fakt nie zakończenia naszego wewnętrznego "dochodzenia". Postanowiłem jednak zabrać glos dziś z uwagi na, przypuszczam, duże Wasze zainteresowanie.
  3. Starałem się trzymać faktów (tzn. albo sam to widziałem, albo znam to z bezpośredniej relacji moich kolegów obecnych na wyjeździe), o których mi wiadomo. Nie starałem się ich interpretować, choć czasem chciałem się podzielić z Wami moimi wątpliwościami.
  4. O niektórych sprawach (mniej ważnych w moim odczuciu) nie napisałem - nie jestem ich pewien, wiec nie chce ewentualnie wprowadzać Was w błąd. Jak wiecie z każdego słowa, które znajduje się w tego typu podobnej wypowiedzi, można wyciągnąć rożne dziwne wnioski.

Przepraszam za tak długi wstęp, ale jest mi on potrzebny dla spokoju mojego sumienia i zachowania lojalności wobec Klubu i jego władz.

W niedziele, 2.05.1999, ok. godz. 10 postawiliśmy bójkę (przypominam - na jez. Busznica k/Augustowa) na głębokości ok. 18-19 m i w odległości ok. 600-700 m (to moje obliczenia, inni twierdza, ze było mniej) od naszej "bazy" na brzegu. Zmierzyliśmy (przy pomocy krążka) widoczność - wynosiła (w pionie oczywiście) 5 m, a wiec nieźle.

Ok. godz. 11 Witek W. (ten co zginął, CMAS***) i Sławek (CMAS**) zostali dowiezieni pontonem z silnikiem spalinowym ("Zodiak" " o usztywnionym dnie) przez sternika Roberta do bojki i zanurzyli się przy niej. Witek miął dwie butle "10" i dwa niezależne automaty, a Sławek "15". Robert pozostał w okolicach bojki z podwieszona na trzech metrach butla awaryjna. (Nurka asekurującego nie było, gdyż ponton nie należy do dużych - mieści się w nim para nurków ze sprzętem i sternik. W klubie mamy dużego Marinesa, ale nie było dla niego miejsca w samochodzie marki Lublin, stad wzięliśmy mniejszy).

Zeszli na głębokość ok. 13-14 m, zaczepili cienka linka-poreczówkę o linę, na której stała bojka i, sądząc ze osiągnęli dno, popłynęli nad nim głębiej.

Nurkowanie było zaplanowane na głębokość do 30 m i czas do rozpoczęcia wynurzenia na 10 minut (tego dnia mięliśmy jechać nad Hańcze i tam Witek miął zejść do 40 m). Dotarli do głębokości ok. 25 m i Witek zarządził odwrót (trudno powiedzieć czy minęło te 10 minut, czy tez Witek poczuł się źle). W drodze powrotnej, na głębokości ok. 12-13 m Witek zaplątał się w poręczówkę, której nie nadążał zwijać na kołowrotek. Sławek pokazał mu znak wynurzenia, lecz Witek nie odpowiedział (cos już się z nim działo?), złapał Sławka za rękę i pociągnął go w dol.

  Zaczepił o warstwę lotnego mułu płetwami (który Zaczynał się na głębokości ok.14-15 m) i zmącił wódę. Schodzili dość szybko w dół, pomimo, ze Sławek cały czas dopompowywał kamizelkę (może linka zaczepiła o zawór awaryjny kamizelki Witka?). Znaleźli się w lotnym mule (którego było, jak się okazało, ok. 4-5 m). Trochę niżej zatrzymali się. W linkę był tez zaplatany Sławek. W pewnym momencie Witek wytrącił (kopnął, uderzył?)

Sławkowi ustnik z ust, a maska Sławka została zalana. Sławek (przerażony?) wyjął nóź i odciął się od linki. Odnalazł ustnik i starał się wynurzać kontrolowanie, ale, jak mówi, słabł (był jakiś czas na bezdechu). Najprawdopodobniej strącił przytomność, ocknął się gdy poczuł silny ból w piersiach.

Robert zobaczył jak obaj prawie równocześnie wyskoczyli na powierzchnie. Rzucił przez radiotelefon (mięliśmy łączność lodź-samochód) "wypadek nurkowy".

Odwiązał butle awaryjna, zapuścił silnik i podpłynął. Witek, jak twierdzi, wydal mu się "stabilny" - miął napompowana kamizelkę i głowę trzymał nad woda, Sławek natomiast wynurzył się z nożem w ręku, dawał jakieś znaki lub wykonywał ruchy niekontrolowane, podtapiał się. Robert podpłynął do niego i uważając, by nie przedziurawił pontonu wciągnął go na łódź. Nie mógł wziąć Witka, bo Witek ważył ok. 110 kg, Sławek by mu nie pomógł, a łódź była mała i nie Pomieściłaby dwóch leżących ludzi. Na pełnych obrotach, w ślizgu (wierzcie mi, płynąłem z Robertem potem tym pontonem - pięknie wchodzi w ślizg), dopłynął do nas.

Akcja była szybka - wyciągnęliśmy Sławka (bardzo kiepsko wyglądał; Robert mówi, ze gdy płynął to Sławek mu już prawie "schodził"), od razu pod tlen (100 %, mięliśmy ze sobą), do lodzi wskoczył Wal dek i pognali po Witka. Załadowali go i Wal dek od razu zaczął reanimować (znowu wierzcie - umie to robić).

Dopłynęli do nas i wyciągnęliśmy go na pomost. Wyglądał jak topielec... Nie przestając reanimować (no, na chwile musieliśmy przestać) obaj zostali załadowani do "Lublina" i odjechali. Ja zostałem ze sprzętem. Po drodze dogadali się z wcześniej wezwana karetka, spotkali się i przerzucili Witka do niej.

Po drodze Sławek znów zaczął schodzić. Dojechali do szpitala. Witek był jeszcze przez ok. pól godziny reanimowany. Nie wiem co to znaczy, ze Witek zmarł w drodze do szpitala, jak podawały niektóre media. Może tak stwierdził lekarz? Moim zdaniem mógł już nie żyć pod woda... Na obu konsolach czas nurkowania wynosi 18 minut. Na konsoli Witka jest strzałka za szybkiego wynurzania, na Sławka nie.

Sekcja zwłok stwierdziła utoniecie. Zbyt banalne, prawda? Może cos spowodowało utoniecie? Sekcja nie stwierdziła np. zawału serca, ani urazu ciśnieniowego płuc. Ale, jak się dowiedziałem, np. stan przedzawałowy jest nie do wykrycia podczas sekcji. Może cos innego?

Sławek miął uraz ciśnieniowy płuc, ale w komorze dekompresyjnej nie był. Zrobili mu oczywiście gazometrie - potem był na obserwacji w pobliżu komory. Teraz parę słów o sprzęcie: Był atestowany i po przeglądach. Mięliśmy m.in. sprężarkę spalinowa. Ekspertyza policji (która jeszcze do nas w postaci papierowej nie dotarła) stwierdziła, ze był sprawny (również sprężarka), a powietrze w butlach OK.

Na pewno Witek był doświadczonym nurkiem. Brał udział w wielu akcjach (głownie wyławianie topielców...), w rożnych warunkach, w nocy i w kiepskiej przejrzystości wodach. Brał udział w treningach nurkowania jaskiniowego, miał uprawnienia zawodowe nurka klasycznego.

Jak stwierdził jeden z instruktorów naszego Klubu, dziwne jest, ze pomimo dobrego przygotowania sprzętowego i treningowego ludziom się cos dzieje, a niekiedy dochodzi do wypadków śmiertelnych. Od początku istnienia OSP RW w Lublinie tj. od 29 lat (!) jest to pierwszy wypadek śmiertelny. I to zdarzył się jednemu z najlepiej wyszkolonych ludzi w Klubie...

Pozdrawiam Hubert Nowakowski

 

Analizuję powyższą dyskusje i dochodzę do takiego wniosku że zawinił tu może głównie "sznurek" /czytaj linka/ a właściwie jego zbyt duża ilość pod wodą.

Jestem osobistym wrogiem jakichkolwiek linek, pętelek i innych kołowrotków pod wodą, szczególnie w naszych polskich warunkach. Moim zdaniem kołowrotek powinien być używany przy wędkowaniu, a przy nurkowaniu - pod lodem i w jaskiniach, a do tego trzeba odpowiedniego wyszkolenia.. Wytworzyła się /moim zdaniem/ maniera zabieranie pod wodę kołowrotków /nawet na wodach otwartych/ i czepianie linki do czegokolwiek a to do liny opustowej, a to do bojki sygnałowej. Zwijanie linki na kołowrotek w sytuacji awaryjnej jest praktycznie niemożliwe, a wręcz niebezpieczne. Taka nie nawinięta, poplątana linka może być porównywalna z zaplątaniem się sieć rybacką.

Wiesiek Łopata

 

Nawiązując do wypowiedzi Wieśka i Tomka pragnę zwrócić uwagę na tzw. Czynnik ludzki. Wszystkie tragiczne wypadki które znam (te zbadane) nie miałyby miejsca bez tego czynnika.
Drobny błąd sprzętowy może wygenerować stres i następuje łańcuch kolejnych błędów. To dlatego osoby wpływające np. do jaskini i gubiące drogę giną mają powietrze w butlach.

Ma rację Wiesiek pisząc o niewłaściwym używaniu kołowrotków..

Jest rzeczą oczywistą, że właśnie kołowrotek pomaga uniknąć "sznurkologi" o której wspomina Wiesiek. Należy pamiętać o jedynie o tym, że podobnie jak suchy skafander potrafi być przyjacielem i to wielkim ale też zdrajcą. Jest też prawdą, że należy uczyć się używania kołowrotka. Wcale nie jest to proste i aby się tego nauczyć należy wiedzieć jak a potem trochę ćwiczyć.

Ponieważ nie to co napisałem jest ogólnym poglądem na pewne sprawy dotyczące nurkowania, pozwolę sobie zwrócić uwagę na fragment opisu wypadku dotyczący nieudanej próby wyciągnięcia jednej z ofiar przez drugą mimo całkowitego napełnienia BC.

Krzysztof Benducki