Zabawne wypadki nurkowe!!

TOP Listy z najzabawniejszymi przypadków związanymi z nurkowaniem

Witam,

Post kolegi podsunął mi pomysł ogłoszenia TOP Listy z najzabawniejszymi wpadkami związanymi z nurkowaniem. Raz do roku można by było wręczać statuetkę "Podwodnego Wesołka". Głosowanie na najlepsze gagi nurkowe odbywało by się na którejś ze stron poświęconych nurkowaniu. Myślę że pozwoliło by to nam trochę odpocząć od tradycyjnej konkurencji kopania leżących i dało możliwość spojrzenia z dystansem do nurkowania w naszym wykonaniu. Oto pierwsze propozycje:

  1. nurkowanie bez płetw (potrzebny dokładny opis)
  2. brak balastu (potrzebny dokładny opis)
  3. odkręcanie zaworu przy użyciu klapka (potrzebny dokładny opis)

 

ps. oczywiście motywy mogą się powtarzać (np. nurkowanie bez płetw) ale opisane sytuacje z nimi związane będą miały decydujący wpływ na poprawę humoru głosujących a rankingu zgłaszającym.

 

pozdrawiam, Drzewas 

Opisy zabawnych wypadków

  1. Z pamiętnika niedzielnego nurka (2005r.)
  2. Napoleon i Japonka
  3. Historyjki Piotra
  4. Falowanie, rzyganie i dekompresja
  5. Mahmoud i kontrola ciśnienia

Z pamiętnika niedzielnego nurka...

Temat: Z pamiętnika niedzielnego nurka...
Data: 11 listopada 2005 01:38

Z pamiętnika niedzielnego nurka.

Strasznie się rozeschłem. Jakiś taki śnięty chodzę, być może chory jestem. Na dodatek ci wszyscy złośliwi popaprańcy chyba się zmówili i mnie ciągle budzą na dyżurach. Skupić się nie mogę, jeszcze komuś zoperuje nie ta stronę co trzeba i znów będzie krzyk, ze doktorom wszystko wolno. Może lepiej wezmę wolne?

Z tym wolnym to był dobry pomyśl, w końcu się wyspałem. Mózg mi odetkało i przypomniałem sobie, co w życiu jest najważniejsze. Tyle, że mi się whisky akurat skończyła. Wiec może by dać nura? W końcu nurek jestem a dawno już nie nurkowałem. Zadzwoniłem do Markusa i on też wolny. Znaczy pojutrze ma egzamin a jeszcze nic nie umie. Ale przecież przez jeden dzień i tak się nie nauczy wiec umówiliśmy się na jutro rano, 10-ta u niego. Przeszło mi przez głowę aby się spakować i sprzęt sprawdzić ale wszystko mam w końcu w garażu i na ostatnim nurze z miesiąc temu działało, wrzucę do auta i będzie. A flaszki i tak są u Markusa, mówi że naładowane. Co prawda nowe rękawiczki trzeba nasadzić na pierścienie, ale ileż to roboty, 5 min i po krzyku, zrobi się na miejscu.

Trochę zaspałem. Kąpać się nie muszę, w końcu niedługo i tak będę w wodzie. Ładuje szpej do wozu a tu dekoflaszki puste. Na dnie szafy ze sprzętem, za argonowka ostał się jakiś samotny poniak z 50-siatką. O ile sobie dobrze przypominam to chyba blendowałem go we wrześniu 2004, na wrakach. Patrzę na nalepkę - no tak 50,5 19/9 2004, mój podpis. Jak to się stało, że tyle przeleżał nietknięty? 

No leży sobie, oznakowany jak trzeba, z zaklejonym zaworem. Może go lepiej sprawdzić, cholera? Wyciągnąłem manometr i stoi jak byk 190 bar. Przynajmniej wiem, że zawór trzyma. Analizator też mówi, że to 50-siatka. No 51,5 dokładnie, a naklejka sprzed roku że 50,5 - ale to i lepiej. Może nitrox jak wino z czasem nabiera mocy? Ciekawe, czy jakby nabić flaszki powietrzem i przechować z 10 lat to otrzymałoby się np. EAN50? Taka tania produkcja nitroksu... No nic, wezmę, na bezrybiu i rak ryba. Wrzuciłem poniaka i resztę gratów i go.

Markus też chyba zaspał, bo jeszcze się mył. Ciekawe po co, zaraz i tak wbijemy się w śmierdzące ocieplacze i gumę. Chociaż jak wąchałem mój ostatnio to nie śmierdział. Pewnie go Ania wyprała, bo ja sobie nie przypominam. Wrzuciłem flaszki do auta. Może i te twiny dobre są pod wodą ale kurna ciężkie od zajechania. Jeszcze Markus wytaszczył 2x12. Co on chce z tym robić, crossa przez fiord na druga stronę?

50 km poszło szybko, 20 min i jesteśmy na miejscu. Mówią, że dojazd na nurkowanie najniebezpieczniejszy, więc trzeba szybko. Wtedy skraca się ryzykowny okres do minimum.

Pod mostem jak zwykle. Ile ja tu już zrobiłem nurków? 100? 150? Chyba siądę kiedyś i zobaczę do loga w kompie. O ile nie jest na drugim, który się właśnie zepsuł. Zresztą nie, komp się zepsuł w zeszłym roku ale w sumie efekt ten sam. Nie działa.

Zimno, cholera. W końcu to listopad. I tak dziwne, ze jeszcze nie ma mrozu. Znaczy w dzień, bo w nocy było -8.

Nawet nie wiem kiedy skręciłem sprzęt. To już chyba siedzi w rdzeniu. Włożyłem akumulatorki do latareczki przy masce i coś nie chce święcić. Nie pamiętam, czy wziąłem z półki naładowane. Trzepnąłem parę razy i chwyciło, zaczęła mrugać. Trzepnąłem jeszcze raz i się ustabilizowało. Dobra, świeci. Swoja droga ta latarka to badziew. To już druga. W poprzedniej przepaliła się chyba żarówka - nie do wymiany. Chyba to wywalę i kupie jakąś diodówkę.

Rękawice na pierścienie naciągnelimy w try miga. Jedna się trochę podwinęła ale powinno trzymać. Zobaczymy, jak się sprawia te nowe wełniaki z thinsulatem. O dziwo nawet pasują jak ulał do gumówek.

Woda wygląda zachęcająco. Jak zwykle brunatna ale może będzie jak w zeszłym roku - bez sedymentu i z 12 m wizury?

Rękawiczka oczywiście cieknie. To jakieś fatum. Poprzednie pierścienie ciekły, poprzednie rękawiczki ciekły, poprzecinane na wrakach. Wylazłem z wody, Marcus też. Wspólnymi siłami wyprostowaliśmy fałd na pierścieniu. Kontrola w wodzie wykazała szczelność. Może tym razem będzie dobrze?

Umówiliśmy się na jakieś 40-50m. Zresztą się zobaczy. Trzeba będzie pójść na komputer, bo nie mamy na tyle nitroksu żeby pójść na RD a dokładnego runtime´u na HLPlannerze nie chciało mi się liczyć. Spojrzałem na Vypera - wskaźnik baterii miga alarmująco. Przypomniałem sobie, że migał już ze dwa miesiące temu. Ciekawe czy wytrzyma? Jak nie to Markus ma swój komputer. W ostateczności mamy jeszcze kompas. Jakoś to będzie. Zabawne jest to, że w torbie w aucie leży mój backupowy komp, ale przecież nie będę znów wychodził z wody i się rozbierał aby dostać się do kluczyków.

Wypłynęliśmy pod most, pod czwarta linę. Pod nami jakieś 4 dychy. To był dobry pomyśl by w wakacje sprawdzić głębokości z łódki z echosonda, tym bardziej, ze dno wyprawia tu esy-floresy. Już się przynajmniej nie błąkamy w poszukiwaniu głębokości jak wtedy kiedy popłynęliśmy w cholerę od brzegu i wylądowaliśmy na jakiejś płyciźnie na 30 m z twinami naładowanymi 12/70.

No i w dol. Odpaliłem HIDa i przekręciłem latareczkę przy masce. Oczywiście nie świeci. Cholerne badziewie. Trzeba przyznać, że ten przewoltowany halogen Markusa nieźle daje. Świeci prawie tak jasno jak moja 35-tka. O super wizurze można zapomnieć. Ale z 5 metrów w porywach widać, wiec nie jest źle.

Uwielbiam to ekspresowe spadanie w toni. Wkurzyła mnie tylko walka z maskarką (latarka przy masce) bo i tak nie odpaliła. Okazało się, ze jednak naprawdę jestem przeziębiony - lewa zatoka szczękowa nie chciała puścić. Boli jak diabli, ale twardym trzeba być. Puściło na 30m z głośnym siorbnięciem. Jak znam życie to pewnie dopadnie mnie revers barotrauma zatoki jak będę się wynurzał. Zawsze wiedziałem, ze nurkowanie jest dobre na wszystko. Może partałoby je rozpowszechnić jako nowa metodę diagnostyczno-lecznicza?

Hamowanie 50 cm nad dnem na 40 metrze. Idealnie wyliczone. Za to HID zaczął mrugać i zgasł. Po krótkim przemyśleniu sytuacji doszedłem do wniosku, że go nie naładowałem po poprzednim nurku. Ot rutyna. Jak używałem głowicy 12W to nie musiałem ładować akumulatora przez parę nurkowań, 35W zżera cały na jednym.

Wyciągnąłem backup, zasygnalizowałem OK do partnera i zeszliśmy błyskawicznie po ściance na 50m. Sobie spokojnie pływamy a mój backupowy Lumen 6, który ogólnie rzecz biorąc jest dobrą latarka zaczyna przygasać. No tak, baterie pewnie stare. Choć sprawdzałem przed nurem i święcił. Zresztą teraz tez świeci, wiec w sumie nic się nie zmieniło. No może kolor świecenia z żółtego na brązowy. Luz, bez mojego HIDa Markus świeci halogenem jak latarnia morska. Ciekawe, co jeszcze się spieprzy? Dziura w butli? Może w obu? Eh, na szczęście mam jeszcze poniaka. Zresztą absurdalna awaria. Może Apeks? Do tej pory nigdy mnie nie zawiódł a poza tym mam 3 na sobie. Ten spokój na głębokości jest niesamowity. Chyba dlatego nurkuje.

Co ciekawe maskarka zaczęła święcić. Tak sama z siebie. Przypatrując się obu strumieniom światła doszedłem do wniosku, ze ten z latareczki przy masce jest mocniejszy. Jak taka mała maskarka na 2 AAA może święcić jaśniej niż Lumen? Cuda.

Tak sobie płynąc i rozwiązując w głowie problemy ludzkości doszedłem do wniosku, że powinni wynaleźć podwodne dyktafony. Jak się wynurzę, to pewnie i tak wszystko zapomnę. A tak bym podyktował i świat byłby lepszy.

Na tym dnie to nic oprócz mułu nie ma. Są jeszcze te małe rybki co leżą na tym mule. Nawet nie pływają. Pewno z zimna. Sunciak wskazuje 4 C. Ja znalazłem patyk a Markus gumowy pasek. Ciekawe, co robi samotny gumowy pasek na 50 m na dnie, ze 150m od brzegu?

O rany, właśnie sobie uświadomiłem, że po raz pierwszy komp pokazuje mi właściwą temperaturę! Nie 2 C, nie 6 C tylko właśnie 4! Super. Może to z powodu słabej baterii? To do dupy. Wymienię baterie i znów będzie +6C.

Radość moja nie trwała długo. Po chwili Suunto wskazuje 3 C. W mordę jeża.

52 m, 16 min, 140 bar. Komp wskazuje 25 min do powierzchni. Jasny gwint! 20 min leżenia na płyciźnie, kręcenia zaworami, pływania do tylu, helizwrotów i innych głupot. Przynajmniej rękawice nie ciekną i ręce nie zmarzły. Zabieramy się stąd. Leniwie idziemy do góry po ściance i stoku.

Coś za leniwie to wynurzanie nam idzie. 5 min później jesteśmy na 35m - czas na deepstop. W tym tempie to my cały czas robimy jeden wielki deepstop a suunciak tylko dolicza. Co za głupia maszyna. Co ciekawe na manometrze ciągle 140 bar a przysiągłbym ze oddycham.

Dalej wolniutko w gore. 30 min 20 m, zaczęło się przejaśniać. Lumen dalej świeci na brązowo za to maskarka zgasła. Ewidentnie żyje własnym życiem. Manometr z uporem dalej wskazuje 140 bar. Zaczynam podejrzewać Markusa, że zakręcił mi separator. Ale nie - sprawdziłem jest odkręcony. Manometr się zwiesił?

Popylamy sobie po stoku w kierunku pylonów mostu, rozpoznaje znajomy żleb przy fundamentach. Manometr znów działa i tym razem wskazuje 120. Ciekawe ile w końcu mam tego powietrza.

Jest mi cos zimno w prawa łydkę. Pewnie tzw. suchy przecieka.

Tak się patrzę na Sunciaka i zastanawiam się kiedy ktoś wypuści jakiś komp z prawdziwym modelem pęcherzykowym, RGBM czy VPM za rozsądne pieniądze. Czas do powierzchni ten sam co był a jesteśmy na 13m. Dekosufit się podniósł ale to tylko gorzej. Trzeba będzie podjechać pod jakieś 4m, bo jak zwiśniemy na 6 to deko będzie trwało pewnie z 1,5 razy dłużej. Ehh.

Zostało 18 min deko. Po prawdzie 3 min krócej bo można odjąć higieniczny przystanek. Przełączyłem się na EAN. Przetestuje na sobie, potem dam Markusowi. Smakuje normalnie, to znaczy w ogóle nie smakuje. Tyle jeśli chodzi o legendy psucia się gazu w butli.

Po 10 min skillsow pod ścianą płaczu (filary pylonów mostu) przepiąłem stage´a Markusowi. Pokazałem, że robimy jeszcze jedna rundę wokół filarów i do brzegu. Jego M1 pokazał 2 min pozostałego deko. A u mnie jeszcze minimum 5. W sumie niewielka różnica.

Lumen dalej świeci na brązowo. Miłosiernie go wyłączyłem. Sprzęt na którym można polegać. Świeci słabo ale ciągle jeszcze świeci. Vyper tez dzielnie się trzyma pomimo alarmu o stanie baterii.

Wynurzenie po 63 minutach. Na powierzchni nic się nie zmieniło. Dalej zimno a jednak o ile przyjemniej.

Po zdjęciu suchego okazuje się, ze prawa łydka jest sucha za to lewe kolano mam mokre. Typowe.

Sklarowaliśmy się i szybki powrót. Droga powrotna tez podobno jest niebezpieczna, wiec trzeba szybko.

Jutro Święto Niepodległości. Chyba kupie whisky i to uczczę.

To był fajny czwartkowy nurek. Umówiliśmy się wstępnie na replay na niedziele. Tym razem naładuje i zmienię baterie. Jak nie zapomnę.

Sly

PS. Don´t try it at home boys ´n girls. We are trained professionals. :)

 

Napoleon i Japonka

 

Od: "Marek Rokowski" 
Temat: re: lista wpadek nurkowych
Data: 10 lutego 2003

Ok! Historyjka mojego przyjaciela Romanio (baza Synai Collage, Sharm) facet jest przesympatycznym gościem a talent w opowiadaniu historyjek ma taki, że aż płakaliśmy ze śmiechu.

Aby wszystko było jasne, co zacznie się dziać, musze powiedzieć, że Romanio ma szramę na prawej dłoni. Pływając jako Divemaster zabierał piłeczkę pingpongową (że to niby jajko), którymi wabił napoleony (takie powiedzmy karpie - tyle tylko że prawie 2 metrowe), które podpływały w nadziei na smakowity kąsek. Razu pewnego Romanio tradycyjnie schował za siebie rękę z kulką przed wlepiającą w niego gały podwodną krową... Niestety nie zauważył, że z tyłu podpłynęła druga równie wielka sztuka... Oj bolało...

Dobra - teraz opowieść właściwa.
Pięćdziesięcioletni japończyk (oczywiście z kamera) i jego żona zjawili się w bazie chcąc trochę ponurkować. Romanio zabrał ich wiec na łódkę. Japończyk bardzo prosił o zwrócenie uwagi na słabo nurkującą małżonkę.
Hop, pod wodę... Na początku wszystko było ok. poza tym ze japonka strasznie żłopała powietrze Romanio pokazał jej żeby się uspokoiła na co ona złożyła po japońsku ręce, oddała mu ukłon i dalej pompowała...

Po chwili za plecami japonki pokazał się olbrzymi napoleon... Kobieta dalej rąbała powietrze z butli aż furczało, ale jeszcze zaczęła rzucać na boki głową i coś tam bulgotać. Romanio po raz kolejny pokazał jej" please, uspokój się, oddychaj powoli, na co ona odpowiedziała pokłonem zakończonym znowu dziwnymi ruchami głową.

Acha! Zobaczyła Napoleona i się wystraszyła - pomyślał Romanio. Szybko podpłynął do kobiety i uderzył Napoleona w gębę żeby ten uciekł. Tak też się stało. Ponieważ w trakcie manewru znalazł się za nasza japonka odwrócił się do niej i wtedy zobaczył, że ma ona włosy spięte dwoma białymi gumkami w kształcie BIAŁYCH piłeczek :)))))))

Po wynurzeniu Japonka zdarła maskę i pyta: Romanio! Co się działo z moją głową? Kto mnie szarpał?! Pękają ze śmiechu Romanio odpowiedział ? Strong current! (silny prąd). Oczywiście prawda wyszła na jaw dzięki filmującemu całe zajście mężowi.
 

pozdrawiam Marek Rokowski

Historyjki Piotra

No cóż, cieszę się, że pomysł chwycił. Jeśli chodzi o moje historie, to dwóch z nich byłem naocznym świadkiem, a trzeciej niechlubnym bohaterem. Nie wiem czy Was te historie nie znudzą, ale spróbuję coś napisać.
 

Historia I

Egipt. Szykuje się drift dive. Jest nas osiem sztuk płci obojga i mamy rozkaz wpaść do wody niemalże stadnie (gdyż prąd może nas nieco rozpylić po morzu). Ubieramy się elegancko i na hasło jeden za drugim skaczemy do wody (niczym spadochroniarze w różnych zagranicznych filmach). Ja skakałem jako szósty. Siuuup, plum i jestem w wodzie. Odwracam się przodem do łódki żeby pokazać, że przeżyłem skok i wszystko jest OK i co widzę? Mój serdeczny przyjaciel Krzysio właśnie był w locie. Piękna pozycja, rączki zgrabnie przytrzymują sprzęt... nagle jego wzrok skierował się w dół... i tu rozczarowanie, gdyż płetwy były
mocno nieobecne.. już było za późno żeby się cofnąć... i z niezwykle głupio-zdziwioną miną Krzysio pooooszedł w dół... Kiedy zniknął mi z pola widzenia wyłonił się zza niego totalnie zaskoczony egipcjanin, który jeszcze przed chwilą usiłował mu wręczyć jego płetwy... jego ręka z płetwami trafiła w próżnię po Krzysiu.. Byłem o krok od wypadku nurkowego, gdyż tak parsknąłem
śmiechem, że zaplułem cały automat... Obaj jednak jakoś przeżyliśmy..
 

Historia II

Chorwacja. Byliśmy na łodzi podzieleni na dwie grupy. Jedna mniej zaawansowana miała schodzić na 20 metrów, a reszta miała zejść głębiej. No i w tej "reszcie" postanowił nurkować z nami świeżo "wyadwansowany" kolega. Dotychczas nurkował z pierwszą grupą, bo w niej była jego małżonka. Był więc nieco spięty.
Wskoczyliśmy sobie do wody i rozpoczęliśmy zanurzanie. Zanurzyliśmy się... no nie wszyscy. Wymieniony wcześniej kolega nie bardzo dał radę... patrzyliśmy z dołu jak wykonuje scyzoryki, śruby, fikołki... i czego by tam jeszcze nie wymyślił... i tak tyłek miał nad wodą... Osiedliśmy na 10 metrach i stwierdziliśmy, że ostatecznie możemy go potraktować jako bojkę sygnalizacyjną
i postanowiliśmy poczekać co dalej... po jakichś trzech minutach zdecydował się dołożyć sobie ze dwa kafle balastu i popłynął do łodzi. Nic to ...czekamy... za chwilę jest! Wraca. Zajął pozycję startową... na płetwach do góry, wydech,
wypuścił powietrze z jacketu i.... zanurzył się na jakieś 20 cm. I znowu zaczął swój tanieć świętego Wita. I płetwami w dół i płetwmi w górę i z lewej i z prawej..i nic. Czuliśmy się jakbyśmy w Imaxie oglądali film o pierwszych nieudanych próbach nurkowań młodych, zbyt tłustych fok. Kiedy kolega zdecydował się na powrót do łodzi postanowiliśmy kontynuować nurkowanie. Po jakichś 10 minutach kolega jednak do nas dołączył gdzieś na 20 metrach, ale już prawie bez powietrza w butli, wypompował wszystko próbując się zanurzyć. Dopiero po wynurzeniu dowiedzieliśmy się, że zapomniał założyć pas balastowy, a potem w
ferworze walki nawet tego nie zauważył dokładając sobie nowe kafle do kieszni jacketu...

Myślę, że to mogło Was już znudzić, więc historię z klapkiem opowiem w kolejnym poście... bo ten klapek, to było moje życiowe osiągnięcie nurkowe... do dziś mam czerwoną gębę jak o tym myślę...
 

Historia III

To było na Ibizie. Byłem świeżutko upieczonym nurkiem i z dwójką znajomych nurkowaliśmy sobie już od dwóch tygodni na tej ciekawej wyspie. Jak to świeży nurek ciągnąłem wtedy powietrze z butli jak syfon (pewno się w środku wiry robiły...). Nurkowania robiliśmy na jakieś 20-30 metrów, więc powietrza na zbyt długo mi nie starczało. To był ostatni dzień i poprosiłem grzecznie w centrum o butlę osiemnastkę żeby pod wodą posiedzieć chociaż ze 45 minut... łaskawie dostałem taką butlę i z uśmiechem szczęścia wpakowałem się na łódkę. Dzień wcześniej (a właściwie noc wcześniej) ulegliśmy co prawda lekkiej narkozie w jednej z pobliskich dyskotek, ale mimo, że nieco zmuleni, byliśmy w dobrych nurkowych nastrojach.

Muszę dodać, że wszystkie butle w centrum miały wyjścia INT, a my mieliśmy sprzęt przystosowany do DIN. Chomątek rzecz jasna nie mieliśmy :) (bo po co?) więc musieliśmy za każdym razem wykręcać kluczem imbusowym z tych butli adaptory INT i dopiero wtedy montować sprzęt. Robiliśmy tak codziennie przez ostatnie 10 dni... Przyszedł wreszcie czas na zmontowanie szpejów. Złapałem się za moją "wymarzoną" osiemnastkę i klucz imbusowy. wtedy podszedł do mnie kolega i poprosił żebym i jego butle przygotował, "bo mi to lepiej idzie".
Wpakowałem dzielnie klucz imbusowy w jedną z odkrytych w butli dziur i dawaj odkręcać. Oczywiście prowadząc ożywioną konwersację ze znajomymi...Jakież było moje zdziwienie, gdy mimo wkładania w to odkręcanie całej siły klucz ani
drgnął... próbowałem i tak i inaczej i nic...nigdy dotychczas nie było takich problemów, ale to jakoś nie sprowokowało mnie do zastanowienia. No, myślę sobie, co? Ja nie dam rady?! Ja?! Odkręcę żebym miał paść! Nie będę prosił o pomoc żadnych Hiszpanów... i dawaj cisnąć... i nic. Ręka mi już zdrętwiała lekko i zaczerwieniła się (nielekko), miałem w dłoni dołek od klucza na jakieś pół centymetra... O nie, myślę sobie, albo ja albo ona! Ściągnąłem z nogi klapek, podłożyłem go pod rękę... cisnę...i... to był właśnie ten moment kiedy zorientowałem się, że usiłuję odkręcić niewłaściwy zawór... ale jak to zwykle w życiu bywa, właśnie wtedy klucz ruszył. Rozległ się głośny syk... z butli zaczęło uchodzić powietrze... Z kabiny wypadli Hiszpanie... i co zobaczyli?
Otóż wujek Piotruś siedział na ławeczce obejmując kolanami syczącą butlę, którą właśnie rozszczelnił wykręcając zaślepkę na drugi zawór i z niezmiernie debilną miną trzyma w ręku klapek i klucz imbusowy. Chłopcy pokręcili głowami... popatrzyli i pogratulowali. Dokonałem rzeczy niemożliwej... i to jedynie przy użyciu klapka... poklepali mnie po plecach i zapewne sobie pomyśleli, że Polak potrafi. Nie muszę chyba dodawać, że w tym momencie kolega, który mnie poprosił o przygotowanie jego butli, boczkiem, boczkiem podsunął się i dyskretnie zabrał swoją butlę jak najdalej ode mnie....
To nie był mój najlepszy dzień. Do dziś się ze mnie znajomi śmieją...a ja próbuję wszystko zwalić na narkozę dyskotekową z poprzedniego dnia. Nie bardzo się udaje..Ech życie, życie...

Pozdrawiam, Piotrek strona www.pupa.com.pl

Falowanie, rzyganie i dekompresja

Dwa lata temu nurkowałem na Gran Canarii. Jeszcze wtedy byłem świeżo po kursie wiec wszystko było dla mnie nowością. Znalazłem na necie centrum nurkowe (nie pamiętam nazwy- nie chce mi się szukać logbooka) zarezerwowałem nury i poleciałem.

Początek był dosyć kiepski, bo nie mogłem się spotkać z kolesiami z bazy. Mieli po mnie przyjechać ale pomylili miejsca. nie wiem czy to wina mojego angielskiego czy ich rozkojarzenia, ale szukali mojego hotelu po drugiej stronie wyspy.
Kiedy po 1 dniu stania na skrzyżowaniu i wyczekiwaniu na nich w końcu dojechałem do bazy, zaczęło się dosyć obiecująco. zrobiłem kurs Underw Nav, z francuzem który wyjątkowo dobrze mówił po angielsku.

Potem miałem wykupionych jeszcze 5 nurkowań. Pierwsze 3 były w miarę spoko. Ale później zaczął się ostry HC. Uzbierała się grupa międzynarodowa. Ludzie ze Szwecji, Anglii, Walii, Austrii i Finlandii.Każdy miął inny "papier". Najlepszy był gość z Finlandii. Miął w logbooku potwierdzone ponad 100 nurów, a nie miał żadnego potwierdzonego stopnia nurkowego. Trochę trwały przepychani o to kto z kim w parze, kto rządzi itd. , aż wreszcie wypłynęliśmy na nura.

Pech chciał, ze była pogoda po lekkim sztormie. My w 9 osób na pontonie, fale konkretne. Towarzystwo rzygało jak koty. Droga zajęła nam pół godziny. Co poniektórzy pozbyli się nie tylko śniadania ale chyba także obiadu z poprzedniego dnia.

Jak się zanurzyliśmy, zaczęły się przejścia. Najbardziej zapamiętałem jak facet z Walii na 15m wyjął ustnik i zaczął rzygać. Widoki niezwykle.... Majestatycznie opuszcza cię śniadanie a tu trzeba oddychać.

Na kolejnym nurkowaniu zawieźli nas na kamienistą "polanę" z murenami. przewodnik jak tylko tam dopłynął zaczął wydzierać kamienie, żeby tylko dokopać się do jakiej ryby. Mureny dostały szalu. Zaczął się jeden wielki kocioł. Nie wiem do tej pory jak to się stało ze nikt nie został ugryziony.

Z wyjściem na powierzchnie także były problemy bo nawet trzymając się liny nie dało się zrobić przystanku przy tak dużych falach. Wyskakiwaliśmy z wody jak delfiny...

Podsumowując, niedobrze gdy kasa przysłania divemaster'owi trzeźwe myślenie.
 

m0ses 10 maja 2002

Mahmoud i kontrola ciśnienia

Z Mahmoudem było tak:

Misio i ja byliśmy jedynymi ludźmi nurkującymi z Coloną, którzy chcieli płynąć na Thistlegorm, dlatego zostaliśmy "oddelegowani" do innej bazy.

Zerwaliśmy się po trzeciej rano, o czwartej byliśmy w porcie Travko. Łódka podpłynęła o 4:40! Przyzwyczajony przez Colonę do punktualności od 4:20 kląłem w głos (na szczęście poza Misiem nikt nie rozumiał, a Misio rozumiał i przekleństwa i moje motywy).

Na łódce była mniej więcej dziesięcioosobowa grupa Anglików, jak się później okazało, poza jednym, wszyscy mieli OWD i po kilka nurkowań za sobą. Można by się tutaj wdać w dyskusję, czy ludzie z takim doświadczeniem powinni nurkować na wraku - ale wiadomo - biznes is biznes a w Morzu Czerwonym nurkuje się łatwo.

Mniej więcej godzinę przed przypłynięciem na miejsce obudził się Mahmoud. Mahmoud prezentował się okazale. Niebieska koszulka z napisem "Total Dive" szykowne okulary i nażelowane długie włosy spięte w kitkę. Pierwszym odruchem na jego widok, była chęć podarowania mu kasety z muzyką disco polo, niestety, nie miałem żadnej przy sobie. Mahmoud długo nie ponosił swojej pięknej koszulki (może nie chciał jej pobrudzić) tak że na omówieniu mogliśmy podziwiać jego potężne muskuły - taaak Mahmoud wyglądał imponująco.
Zachowywał się również odpowiednio, jego władcze gesty i pełne pogardy spojrzenie działały na mnie frustrująco (zwłaszcza, że nie mam tak wielkich muskułów).

Wskoczyliśmy do wody, spojrzałem w dół i zobaczyłem wrak - zatkało mnie....
No dobra, nie o wraku miałem pisać. Prąd był silny zanurzaliśmy się na linie. Okazało się, że zanurzenie w wykonaniu Anglików polega na przemieszczaniu się w niekontrolowany sposób po linie, raz w górę, raz w dół i machaniu wszystkimi kończynami, na wszystkie strony (ostateczna suma tych przemieszczeń okazała się na szczęście ruchem w dół). Zrobił się niezły młyn i po tym, jak ktoś skopał mi z twarzy maskę, zdecydowałem się zanurzać obok liny. Musiałem się nieźle namachać płetwami, żeby mnie nie zwiało.
Przepłynęliśmy ładowniami, potem z prądem wzdłuż kadłuba. Wrak robi niesamowite wrażenie (Giger zanim zrobił scenografię do "Obcego" musiał nurkować na Thistlegormie!) Opisać się tego raczej nie da, kto tam był wie o co chodzi, a kto nie był i tak sobie nie wyobrazi. Przez całe nurkowanie panowało niezłe zamieszanie, Angole szorowali po sufitach ładowni, albo obijali się o motocykle, stosując wszystkie możliwe style pływackie.
Wynurzenie utwierdziło mnie w przekonaniu, że lepiej trochę pomachać płetwami, niż zbliżać się do kotłowaniny przy linie. Po jakimś czasie znaleźliśmy się na łodzi. Czas nurkowania ok. 50 min max głębokość 25m. Kilkoro Anglików miało dość emocji jak na jeden dzień i zrezygnowało z pozostałych nurkowań, nie wiedzieli co tracą!

Podczas drugiego zanurzenia na linie było luźniej, ale profilaktycznie nie zbliżałem się do niej. Popłynęliśmy nad kadłubem a potem odbiliśmy w kierunku lokomotywy. Zgodnie z omówieniem mieliśmy przepłynąć 10m nad nią ale Mahmoud zobaczył skorpenę i ściągnął całą grupę na 30m (pierwszy nur był na 25m). Potem w miejscu rozerwania kadłuba przecisnął się przez otwór o wys. 50-60cm do wnętrza statku. Wszyscy wgramolili się za nim a mi się nie udało. Kieszenie z balastem i strzemiączko INT uniemożliwiły mi ten manewr.
Czekałem chwilę na zewnątrz licząc, że przynajmniej odeśle Misia, ale kiedy przez otwór zobaczyłem oddalające się światła latarek domyśliłem się, że Mahmoud wyszedł z założenia, że lepiej zgubić jednego nurka niż dwóch. Nie wiem czy nasz diveguide wiedział który z nurków został na zewnątrz, ale nie chce myśleć co by było gdyby zostawił, któregoś z Anglików. Opłynąłem miejsce rozerwania popływałem trochę nad kadłubem (nawet nie żałowałem, że nie jestem z nimi w środku, bo poskręcane płaty blachy wys. kilku metrów wyglądały przepięknie). Na szczęście wcześniej obejrzałem sobie dokładnie naszą łódkę od spodu, więc wypatrzyłem ją bez trudu, namierzyłem naszą linę i popłynąłem w jej kierunku. W sumie musiałem sobie trochę popływać w silnym prądzie (poza tym sytuacja w jakimś stopniu, musiała mnie zestresować, choć wydawało mi się, że jestem zupełnie spokojny) zużyłem sporo powietrza.

W okolicach liny dostrzegłem nasza grupę, podpłynąłem do Mahmouda i pokazałem mu że mam 70 atm. Mahmoud nie zwrócił na to uwagi, wyraźnie się ucieszył i pokazał mi, że za dużo pakuję i dlatego nie zmieściłem się w dziurę, ja mu pokazałem, że za dużo jem (co było szczerą prawdą) i ta miłą podwodną pogawędką zamknęliśmy raz na zawsze, kwestię zostawienia mnie samego na wraku, który widziałem pierwszy raz w życiu). Może byśmy sobie zresztą coś jeszcze pokazali, ale w tym momencie jednemu z Anglików skończyło się powietrze (byliśmy na ok. 20m)

Mahmoud profesjonalnie podał mu swój octopus i....zamiast się wynurzać popłynął dalej (bo chciał nam jeszcze coś pokazać). Chłopak, który wisiał na jego octo z przerażenia ledwo ruszał płetwami. Misio miała już deco (nurkowaliśmy ostro od 5 dni i byliśmy mocno nasyceni) na szczęście w jej butli było jeszcze ponad 100atm.

"Niestety" Mahmoudowi nie udało się pokazać nam tego co chciał, bo jedna Angielka zaczęła go szarpać za płetwę i pokazywać ze ma w butli 20 atm. Wróciliśmy do liny i rozpoczęło się wynurzanie, tradycyjnie trzymałem się od liny z dala. Wszyscy powyskakiwali z wody, o przystanku bezpieczeństwa nikt im nie przypomniał. Pod woda został Mahmoud, ten jeden Anglik (ten jeden który był opływany), Misio i ja. Misio miał stać 9 min na 3m. Po 5 min skończyło mi się powietrze musiałem ją zostawić, zaraz po mnie z pustą butlą wynurzył się Mahmoud. Misio po odbyciu deco wynurzyła się z Angolem, on też miał butlę wyczyszczoną do zera.

W sumie 5 osób wynurzyło się z pusta butlą (ten, któremu skończyło się powietrze na 20m, dziewczyna która miała 20atm na 20m, Mahmoud, Angol, który został z Magdą i ja). Tylko Mahmoud i my mieliśmy komputery.

I co Wy na to?

kivi 9 maja 2002

Allach musi bardzo lubić Mahmouda.
 

Jan Werbinski