Szczenięce zabawy.

Pobrano ze strony www.nowa-ama.pl

W pewien mroźny zimowy poranek ja i mój kolega postanowiliśmy wybrać się na nurkowanie. Miało to być standardowe zanurzenie, jakich wiele mieliśmy za sobą. Niestety, bieg wydarzeń sprawił, że obaj długo będziemy pamiętać ten dzień, bynajmniej nie jako udany.

Pomimo dużego doświadczenia 28 listopada 1998 roku złamaliśmy wszelkie zasady bezpiecznego nurkowania. Do dzisiaj nie wiem, jakim cudem udało nam się przeżyć. Dzień wcześniej zadzwoniłem do kolegi i namawiając go na nurkowanie, powołałem się na relację osoby, która niedawno była na POGORII III. Mój informator twierdził, że trzy dni temu był nad tym zbiornikiem i nie był on zamarznięty, ponadto pod wodą była świetna widoczność. Jedyną niedogodnością miała być niska temperatura wody.

Nad jezioro pojechaliśmy białym fiatem 126p załadowanym po dach sprzętem. Maluch świetnie maskował się na tle leżącego wszędzie śniegu. Po rozpakowaniu sprzętu poskładaliśmy zestawy. Miałem jeden automat SCUBAPRO R-190 na MARKu 10, a kolega APEKS TX-40. Po krótkiej "rozgrzewającej" rozmowie założyliśmy pianki. Niestety, wymagało to zwinności kota i siły byka, ponieważ dawno nie używane kombinezony były wyschnięte na wiór. Po założeniu reszty sprzętu ruszyliśmy w stronę wody. Tymczasem zaczął padać śnieg. Kiedy podeszliśmy bliżej wody, myślałem, że mam zwidy. Spytałem kolegę, czy widzi to samo. Potwierdził. Na jeziorze kaczki "chodziły" po wodzie!!! Okazało się, że jezioro zamarzło. Pokryła je idealnie przezroczysta powłoka lodowa. Obaj poświęciliśmy wolny dzień, wydaliśmy pieniądze na paliwo, włożyliśmy ciężki sprzęt, więc mimo wszystko bardzo chcieliśmy się zanurzyć. W pobliżu miejsca, w którym zwykle wchodziliśmy do wody, znaleźliśmy niezamarznięty kawałek jeziora. Powstał tutaj gigantyczny naturalny przerębel na 20 m szeroki i 7m długi. Nie myśląc długo postanowiliśmy popływać na granicy lodu. Woda miała tu maksymalnie 5m głębokości i była bardzo zimna. Po zanurzeniu zauważyłem nieszczelność na łączniku II-go stopnia i radiatora. Chwilę później automat zamarzł. Wynurzyliśmy się i po odcięciu dopływu powietrza do butli ręką dokręciłem radiator. Po krótkiej chwili znowu byliśmy pod wodą. Partner podpłynął do tafli i nożem od spodu wydłubał w niej otwór, po czym wsunął w niego rurkę i oddychał przez nią. Doszedłem do wniosku, że taka umiejętność może się kiedyś przydać. Lód w tym miejscu był cienki i nie mieliśmy problemu z przebiciem go. Po około 15 minutach zaczęło nam się nudzić.

Partner wymyślił kolejną "genialną" zabawę. Po zejściu na dno pompował jacket, który wyrzucał go na powierzchnię. Nurek był odwrócony butlą do powierzchni lodu, którą przebijał. Wyglądało to trochę jak łódź podwodna wynurzająca się na Antarktydzie. Po kilku udanych próbach zaczęliśmy coraz dalej wpływać pod lód. Po którejś z kolei próbie, mój partner nie zdołał rozbić lodu nad sobą. Miałem jacket typu skrzydło, o pojemności 50 litrów, więc za pomocą znaków ustaliliśmy, że teraz ja spróbuję. Spuściłem powietrze i opadłem na dno, nacisnąłem inflator i nie puszczając przycisku poczułem jak wyrywa mnie w kierunku powierzchni. Poczułem uderzenie, ale lodu nie udało mi się przebić. Przez cały czas przyciskałem inflator i czułem, jak wielki worek napełnia się na moich plecach. W czasie wynurzania wypuściłem całe powietrze z płuc, pompując kamizelkę szybko oddychałem nadrabiając braki powietrza. Nawet nie zauważyłem, jak zamarzł mi jedyny automat oddechowy. Poczułem zimno na zębach i patrzyłem nie wierząc własnym oczom, jak II-gi stopień wyrwany z ust odpływa napędzany siłą sprężonego powietrza. Partner asekurował mnie, toteż szybko zareagował podając mi swój automat (z powodów finansowych mamy po jednej sztuce).

Po wykonaniu kilku oddechów ruchem ręki pokazałem, że płyniemy w stronę przerębla. Kolega odwrócił się i popłynął pierwszy. Próbując na bezdechu dopłynąć do niezamarzniętej części zbiornika, coraz mocniej machałem płetwami. Słyszałem, że gdzieś z tyłu "fruwa" mój bąblujący automat. Po paru sekundach stwierdziłem ze zgrozą, że nie przesuwam się nawet o milimetr, szybka praca nóg pozbawiła mnie resztek powietrza. Byłem całkowicie zdezorientowany. Znalazłem się w dość nieciekawej sytuacji: nie miałem automatu, wzmożona praca nóg spowodowała, że zapasy powietrza w płucach zaczynały się kończyć, nie mogłem wypłynąć (nade mną był lód) i nie mogłem dopłynąć do przerębla - coś mnie trzymało! Po chwili uczucie dezorientacji zmieniło się w strach. Niektórzy twierdzą, że w takich momentach całe życie przelatuje przed oczami, ale w mojej sytuacji nie było czasu na takie przemyślenia. Czułem, że się duszę i jeśli szybko czegoś nie zrobię, to będzie to ostatnie nurkowanie w moim życiu. Jakimś cudem udało mi się spuścić trochę powietrza z jacketu, ale niewiele to dało.

Dlaczego nie mogę się ruszyć? - pomyślałem. Próbując uwolnić się wykonałem parę energicznych szarpnięć. Worek mojego jacketu zaczął powoli odrywać się od lodu i wtedy zrozumiałem, dlaczego nie mogę ruszyć z miejsca. Szybkie napełnianie kamizelki spowodowało znaczne oziębianie w komorze urządzenia wypornościowego. Zimne powietrze wewnątrz worka po zetknięciu z taflą lodu spowodowało, że przymarzłem. Nie bez trudu spuściłem całe powietrze z jacketu. Aby uwolnić się z "lodowego uścisku", musiałem zgiąć się wpół jak podczas wykonywania "scyzoryka". Niestety, zabieg ten nie przyniósł oczekiwanego efektu. W ten sposób byłem w stanie oderwać tylko przednią część worka. Zaparłem się piętami o lód i wyprostowałem nogi. Czynność ta umożliwiła mi odklejenie reszty worka kamizelki. Nie miałem jednak powietrza i nie byłbym w stanie dopłynąć do oddalonego o 5 metrów wyjścia. Stałem do góry nogami zaparty o lód, a resztki powietrza w kamizelce utrzymywały dodatnią pływalność. Jedynym urządzeniem, które działało był inflator. Zaczynałem zasypiać. Nie zdając sobie sprawy z tego, co robię, odruchowo zacisnąłem rękę na inflatorze, na szczęście trafiłem na przycisk napełniania kamizelki. Jacket szybko się napełnił. Duża wyporność przy małej powierzchni, na którą naciskały moje nogi, pozwoliły przebić oddzielający mnie od powietrza lód. Wybita dziura była na tyle duża, że mogłem przez nią wystawić głowę i zaczerpnąć powietrza. Łamiąc lód jak lodołamacz dopłynąłem do brzegu. Partner pomógł mi wyjść z wody. W milczeniu klarowaliśmy sprzęt. Odkręcając automat musiałem odkruszyć nożem po kawałku wielką kulę lodu, która szczelnie pokrywała pierwszy stopień. Kiedy wsiadałem do samochodu emocje zaczęły opadać. Całą drogę powrotną milczeliśmy. Rozstając się doszliśmy do wniosku, że nikomu nie powiemy o naszym nurkowaniu zimowym na "niezamarzniętym" zbiorniku Pogoria III. Kiedy minęło "trochę" czasu, postanowiliśmy przeanalizować popełnione błędy. Tamtego dnia z całą pewnością nie byliśmy przygotowani do nurkowania podlodowego.

Opisane wyczyny wiązaliśmy z brawurą (zbytnią pewnością siebie), brakiem wyobraźni i szczenięcą fascynacją nurkowaniem. Nie opowiadałem o tym wydarzeniu ponieważ wstydziłem się tak nieodpowiedzialnego zachowania. Jako nurek z długoletnim stażem bałem się utraty reputacji. Do opisania tej historii zmobilizowała mnie nadchodząca zima, w czasie której znowu będziemy nurkować w zamarzniętych zbiornikach (nurkować gdzieś trzeba, a zbyt długie siedzenie w basenie źle wpływa na samopoczucie). Ta historia nauczyła mnie bardzo dużo. Chciałbym oszczędzić moim naśladowcom nieprzyjemnych doświadczeń, które można przypłacić życiem. Uczcie się na moich, a nie na swoich błędach!

Bardzo zachęcam do nurkowania podlodowego, ale pamiętajmy, że nurkowanie jest sportem, w którym trzeba wszystko robić "z głową" i przewidywać wszystkie, nawet te najbardziej niewiarygodne sytuacje. Jeśli po przeczytaniu tego opisu najpierw pomyślisz, a dopiero potem wejdziesz do wody, to osiągnąłem swój cel, a mój wstyd i zażenowanie po publikacji tego artykułu nie pójdą na marne.

Jakub K.
  • nie było lin zabezpieczających,
  • nie było osób asekurujących na brzegu,
  • w wyposażeniu systemy podtrzymujące życie nie były zdublowane (butle, automaty),
  • zbyt szybkie oddechy i jednoczesne pompowanie kamizelki spowodowały zwiększony wydatek automatu (niedopuszczalne w trakcie nurkowania w zimnych wodach lub w nurkowaniu głębokim - albo oddychasz albo pompujesz jacket),
  • zbyt szybkie wynurzanie,
  • nie było suchego i osłoniętego od wiatru miejsca do założenia i zrzucenia mokrego sprzętu (silnie wiejący zimny wiatr może wychłodzić organizm i jeszcze przed nurkowaniem zamrozić mokre automaty).

Komentarz

Po przeczytaniu powyższego tekstu, odczuwa się pokusę aby napisać komentarz składający się z dwóch słów: "bez komentarza". Jednakże szczerość Jakuba i mnogość popełnionych błędów skłoniły mnie do podsumowania opisanych wydarzeń...

Spontaniczność...

Każde nurkowanie, jeżeli ma być bezpieczne, powinno opierać się na wcześniej przygotowanym planie i jego konsekwentnej realizacji. Szczególnie dotyczy to nurkowań pod lodem, wymagających odpowiedniego sprzętu nurkowego, asekuracyjnego i ratowniczego oraz zorganizowanej pracy zespołu ludzi, posiadających odpowiednią wiedzę i doświadczenie. Podjęcie decyzji o nurkowaniu pod lodem bez wszystkich niezbędnych zabezpieczeń już samo w sobie jest natarczywą próbą wymuszenia zmian we własnym horoskopie.

Lekkomyślność...

Wypadki, które zdarzyły się pod lodem jednoznacznie pokazują, iż ich przyczyną było zaniedbanie przynajmniej jednej z zasad bezpieczeństwa. Zasad tych jest naprawdę niewiele. Łatwo je zapamiętać i zrealizować, pod warunkiem oczywiście, że lubi się własne życie. Lina asekuracyjna, obsługiwana właściwie z powierzchni lodu, to nie tylko "nić Ariadny" wskazująca drogę powrotu do przerębli (czytaj: domu) ale to sposób na szybkie wydobycie nurków na powierzchnię. Gdyby Jakub po zamarznięciu automatu nadał przy pomocy liny znak "wyciągajcie nas" stałby minutę później uśmiechnięty przy krawędzi przerębli. Do nurkowań w przestrzeniach zamkniętych (do takich zalicza się nurkowanie pod lodem) zaleca się wykorzystywanie dublowanych systemów powietrznych. Awaria lub zamarznięcie jednego z automatu, oznacza przejście na drugi z systemów i bezpieczny powrót do przerębli. Przed nurkowaniem pod lodem należy zliczyć swoje automaty. Jeżeli nie osiągniemy stanu liczebnego 2, wracajmy do domu.

Umiejętności...

Nurkowanie w zimnych wodach jest nierozerwalnie związane z ryzykiem zamarznięcia automatu. Głównym winowajcą jest tutaj efekt Joule’a - Thompsona. Jego występowanie jest silnie związane z natężeniem przepływu czynnika oddechowego przez automat. Najlepszą ochroną automatu przed zamarznięciem jest prawidłowa technika jego używania pod wodą. Powolne spokojne oddychanie, pulsacyjne pompowanie kamizelki lub suchego skafandra, naprzemienne z oddychaniem napełnianie urządzeń wypornościowych to zasady, które powinny być nawykiem nurka podlodowego. Gwałtowne napełnienie 50-cio litrowej kamizelki Jakuba połączone z intensywnym oddychaniem, musiało (nie obalając podstawowych praw fizyki) zamrozić automat oddechowy. Dziwi mnie fakt, iż nie nastąpiło to już podczas wcześniejszych prób przebijania lodu.

Partnerstwo...

Należy pamiętać, iż partner pod wodą jest jedynym źródłem pomocy. Z opisu wynika, iż partner po podaniu Jakubowi kilka razy automatu stracił zainteresowanie jego osobą. Walka z przymarzniętym "skrzydłem" mogła mieć o wiele mniej dramatyczny przebieg, gdyby nurkowie pomagali sobie wzajemnie.

Ułańska fantazja...

Przebijanie lodu rozpędzonym ciałem nurka. No cóż, hm...tego...ciekawa propozycja. Nie będę pisał o przekraczaniu prędkości wynurzania i wynikającym z tego ryzyku choroby ciśnieniowej czy urazu ciśnieniowego płuc. Nie będę pisał o dużych przepływach powietrza powodujących zamarzanie automatu oddechowego. Nie napiszę również o urazach głowy wynikających z uderzenia o lód i wywołujących utratę przytomności i utonięcie. Wspomnę jedynie o cztero-kończynowym porażeniu. Uszkodzenie szyjnego odcinka kręgosłupa najczęściej wywołuje nieodwracalny paraliż i przykucie do wózka inwalidzkiego. Skomentowanie takiego zachowania wykracza poza moje kompetencje.

Podsumowanie...

Nurkowanie pod lodem należy do jednych z najciekawszych, możliwych do przeprowadzenie w polskich warunkach nurkowań, ale wymaga ono specjalistycznego sprzętu, odpowiedniego przygotowania i właściwej asekuracji. Nurkując pod lodem nie wolno eksperymentować: uda się czy nie? Wchodząc pod taflę lodu trzeba mieć pewność, że wszystko zostało tak przygotowane aby najbardziej jak to jest możliwe zwiększyć bezpieczeństwo nurkowania. W Polsce prowadzone są specjalistyczne kursy nurkowania pod lodem. Przedstawiane są na nich przemyślane, wielokrotnie sprawdzone i udoskonalone zasady rządzące bezpieczeństwem nurkowań pod lodem. Gorąco namawiam do uczestniczenia w takich kursach i praktycznego stosowania zdobytej tam wiedzy. Jak Ci się podobał kurs, Jakub?
Jacek Paradowski - Nowa AMA

p.s. Cieszę się Jakub, że opisałeś swoją historię. Być może jej lektura ochroni czyjeś życie.