Skuszony poniekąd artykułem pt. „Czarnogóra – adriatycka perełka’ z numeru 1(35)/2007 magazynu „Nurkowanie” spędziłem dwa tygodnie września w Montenegro, jak lubią o swoim kraju mówić jego mieszkańcy. Nie chcę komentować niektórych dziwnych informacji przekazanych przez autorów w/w publikacji, przedstawiam natomiast wszystkim zainteresowanym moje spostrzeżenia i uwagi z nurkowania w Adriatyku tuz przy granicy z Albanią oraz z wyprawy we wspaniałe góry Durmitoru.
To niewielki kraj położony na Półwyspie Bałkańskim na południu Europy, powstały z rozpadu dawnej Jugosławii. W roku 2006 Czarnogóra uniezależniła się od większego sąsiada, czyli Serbii, stając się niezależną republiką. Czarnogórę zamieszkuje ponad 640 tys. mieszkańców, a obowiązującą walutą jest swojskie euro. Nie będę rozpisywał się o szczegółach geograficzno-kulturowo-politycznych gdyż inni zrobili to lepiej. Szczególnie polecam rzetelny i kompetentny przewodnik autorstwa Pani Agnieszki Szymańskiej pt. „Czarnogóra”, wydawnictwa Rewasz. Inne znane mi wydawnictwa to raczej reklamowe foldery z ogólnymi informacjami, które niewiele pomogą w konfrontacji z rzeczywistością.
Dla tych, którzy dobrze znają Chorwację wskazówka, że Czarnogóra będzie ją przypominać za jakieś 10-15 lat pod warunkiem uzyskania sporych środków na inwestycje i wykazania się determinacją w realizacji planów doścignięcia zachodniego sąsiada. Potencjał jest olbrzymi, piękno i niezwykłość Czarnogóry jak najbardziej na to zasługuje – na razie jednak jest jak jest.
Jednym z problemów, jaki najboleśniej dotyka przyjezdnych jest stan i struktura dróg. Starajcie się nigdy nie jeździć po Czarnogórze nocą! To przygoda dla prawdziwych ryzykantów i amatorów mocnych wrażeń. Dodatkowo system informacji drogowej jest wyjątkowo oryginalny. Można np. dowiedzieć się, że najbliższy most ma długość 12 metrów i nosi imię Św. Mikołaja natomiast ile zostało jeszcze kilometrów do celu podróży lub, w którą stronę skręcić, nie wiadomo. No i uwaga podstawowa: w języku serbskim słowo „pruvo”” znaczy „prosto”, natomiast nasze „w prawo” znaczy „desno”. Łatwo sobie wyobrazić skutki moich kilku pytań o kierunek jazdy, do póki nie sprawdziłem jak to jest w słowniku.
Ulcinj – rzymskie Olcinum – to miasto położone na południowym krańcu czarnogórskiego wybrzeża. Ok. 15 km dalej to już Shkodëria czyli Albania. Wpływy tego sąsiedztwa widać wszędzie – w napisach, typach ludzkich, zachowaniu, telewizji, a tuz za miastem mamy przedsmak tego jak wygląda sytuacja dalej na południe. Ulcinj to mieszanka kultur – przede wszystkim muzułmańskiej, bałkańskiej, cerkiewnej, słowiańskiej w odmianie południowej. W mieście na uwagę zasługuje przede wszystkim zabytkowa część w obrębie murów XII-wiecznej cytadeli, mieszcząca szaloną mieszankę ruin, pizzerii, ponurych barów, mieszkań, hoteli i skromniutkie miejskie muzeum (jednak warto zobaczyć). Przeżyciem samym w sobie jest spacer po mieście, obserwacja sposobu poruszania się samochodem po ulicach nadających się co najwyżej na przejazd rowerem górskim, wysłuchanie z jednego z kilku meczetów modlitwy nagłaśnianej przez megafon, zjedzenie burka i bezskuteczne poszukiwanie oryginalnej pamiątki lub tradycyjnej gorzałki. Każdy musi jednak poczuć to na własnej skórze i wyrobić sobie własne zdanie.
Widok na Ulcinj – cytadela, meczety i cerkiew
Ulcinj – widok na cytadelę
Brzegi przy cytadeli
Wymieniona we wspomnianym artykule w magazynie „Nurkowanie” baza znajduje się po prawej stronie miejskiego nabrzeża (zwanego Mala Plaža). Klub nazywa się D’Olcinium Diving Club (www.uldiving.com) i ma specyficzną organizację nurkowań. Otóż, jak mi wytłumaczono, miasto Ulcinj nie posiada przyzwoitej mariny, czyli portu jachtowo-łódkowego. W związku z tym łódka do nurkowań znajduje się ok. 15 km na południe od Ulcinj w ujściu rzeki Bojana. W sytuacji, gdy warunki pogodowe nie pozwalają na dopłynięcie do miasta trzeba jechać samochodem nad rzekę i tam załadować się na łódź. By zanurkować trzeba uzgodnić większość szczegółów przez telefon z właścicielem bazy – Ibrahimem Milla, potem ewentualnie z obsługującym bazę na co dzień, odpowiednikiem naszego divemastera. Jednak nic nie jest do końca pewne.
Trzeba pamiętać, ze czarnogórskie wybrzeże jest otwarte na pełne morze i warunki pogodowe zmieniają się często w ciągu kilku godzin. Stąd najczęściej powtarzana informacja od obsługujących bazę to „maybe tomarrow”, czyli nic nie wiadomo i należy cierpliwie czekać rano na telefon od Ibrahima. W ciągu 10 dni pobytu w Ulcinj trafiły się trzy dość poważne burze, silny wiatr i gwałtowne załamania pogody. Myślę także, że właściciele klubu uzależniają organizację nurkowania od ilości chętnych. Trudno się temu dziwić natomiast wraz ze mną na poprawę pogody czekali chętni z Rosji i Szwajcarii. I chyba jednak, podobnie jak ja, się nie doczekali. Udało mi się skorzystać z jednej wyprawy, w czasie, której odbyliśmy dwa nurkowania. Jedno z nich na wraku statku „Goritia”, drugie dla obserwacji fauny i flory tej części Adriatyku.
Baza nurkowa w Ulcinj
Port w pobliżu bazy nurkowej
„Goritia” to niewielki transportowiec (wyporność ok. 3000 ton) zbudowany w roku 1903. Od roku 1914 pływał jako jednostka wojenna pod banderą albańską. 16 sierpnia 1918 roku prawdopodobnie wpłynął na minę morską (inna wersja to storpedowanie), eksplodował i przełamany na dwie części zatonął. Znajduje się na niewielkiej głębokości 14-16 m niedaleko od ujścia rzeki Bojana. Szczątki są dobrze zachowane jakkolwiek wokół wraku widoczność jest dosyć ograniczona do 5-7 m. „Goritia” to jedno z najbardziej popularnych miejsc nurkowych w okolicy Ulcinj. Dodatkowe informacje o wraku: www.dcmarina.com.
„Goritia” na wodzie
„Goritia” pod wodą
Ciekawa formacja skalna na głębokości ok. 10-15 m, zlokalizowana niedaleko wraku „Goritia”. Z ciekawszych spotkań można wymienić dwie sporej wielkości mureny. Poza tym to, co zawsze – skorupiaki, narośla skalne itp. Widoczność już przyzwoita na ok. 20 m.
Ogólnie ciekawa wycieczka a na potwierdzenie trudności z pogodą w tych okolicach trzeba wspomnieć o kłopotach z powrotem do bazy na rzece Bojana, kiedy łódka zaczęła osiadać na mieliznach tuz przy ujściu rzeki do morza. Taka specyfika tego miejsca i trudności z planowaniem nurkowań.
Trzeba podkreślić, iż mimo wspomnianych kłopotów organizacyjnych wybrzeże Czarnogóry to niezwykły i nadal nie do końca zbadany obszar stopniowo udostępniany nurkom z całego świata. Wody te kryją w sobie sporo zatopionych wraków z różnych epok (mówi się nawet o kilkuset jednostkach), podwodne stanowiska archeologiczne i miejsca gdzie flora i fauna nie zostały jeszcze tak przetrzebione i wypłoszona jak np. w Chorwacji.
Jedna rada dla wszystkich wybierających się na nurkowanie do Czarnogóry, czy to w rejonie Herceg Novi, Kotoru, Budvy, Baru czy Ulcinj – starajcie się jak najwięcej ustalić przed przyjazdem na miejsce – korespondując, telefonując i pisząc. Pozwoli to lepiej wykorzystać czas na miejscu, przygotowując np. alternatywne nurkowania w razie zmiennych warunków pogodowych. W wielu wypadkach nawet nurkowania z brzegu mogą się okazać bardzo interesujące.
Ceny nurkowań podobne jak w Chorwacji (dostępne na stronach internetowych klubów), dodatkowo należy wykupić roczną legitymację uprawniającą do nurkowań w Czarnogórze – cena 20 euro.
Masyw Durmitoru – najwyższych szczytów Czarnogóry jest zachwycający. Również dlatego, że we wrześniu jest tam zupełnie pusto. To trochę tak, jakby w całych Polskich Tatrach znalazło się nie więcej jak sto osób. Centralnym punktem tego obszaru jest miejscowość Żabljak, przypominająca Bukowinę Tatrzańską. Specyfiką regionu, ale i całego kraju są liczne patrole policyjne ukrywające się z ręcznymi radarami w krzakach. Można się jednak dogadać…
Z Żabljaka prowadzi większość tras w góry – te najpopularniejsze, zaczynające się od brzegów Czarnego Jeziora i te mniej popularne od strony południowej, biegnace z doliny Dobri Do (przełęcz Siedlo) np. w kierunku najwyższego szczytu Durmitoru – Bobotov Kuk (2523 m n.p.m.). Dla zachęty dodam, że punkt wyjściowy na Siodle leży na wysokości 1907 m n.p.m. Szczytów do zdobycia jest kilkanaście, o różnej skali trudności. Do zobaczenia są także położone wysoko w górach jaskinie i jeziora. Po wędrówce warto wpaść do znajdującej się nad Jeziorem Czarnym restauracji i wreszcie spróbować prawdziwych czarnogórskich specjałów – jagnięciny, ryb, mięs, zupy i gdy można popijać, obok wina, znakomitym jogurtem podawanym w glinianych dzbankach. Jedna uwaga – w Durmitorze nie ma żadnego systemu ratownictwa górskiego, więc wspinać się trzeba ostrożnie i z dobrą asekuracją.
Z pełnym przekonaniem mogę polecić nocleg u znakomitej i barwnej postaci z tego obszaru – to Mina Šamšal, prowadzący bazę noclegowa o szumnej nazwie Auto-Kamp „Mlinski Potok”. Ów kamping to jednocześnie pole namiotowe, kilka szałasów i wiat oraz sympatyczny dom z kilkoma pokojami, wspólną kuchnią i łazienką, w stylu naszych „bacówek”. Łatwo trafić gdyż miejsce znajduje się przy głównej drodze z miasta do Czarnego Jeziora. Mina doczekał się już wzmianek w przewodnikach po Durmitorze oraz w kilku internetowych relacjach z wypraw w tamte góry. Atmosfera jak w schronisku, można pogadać, wypić kieliszeczek „slivki” i dobrze zorganizować wyjście w góry. Warto posłuchać tego, co ma do powiedzenia, gdyż mimo niepozornego wyglądu zna góry, zna ludzi i zawsze chętnie pomaga.
Południowe stoki Durmitoru
Czarne Jezioro
O świcie.
Z rad powtórzę jeszcze raz: uważajcie na drogi, uważajcie na słabe oznakowanie i znudzone patrole policyjne. Zaś jadąc przez Serbię pamiętajcie o konieczności posiadania Zielonej Karty – wykupienie na granicy kosztuje minimum 26 euro.
Czarnogóra to kraj pełen pięknych miejsc – nad morzem, w górach, nad jeziorami. To także ciągle kraj, w którym należy zachować pewną ostrożność i być gotowym na niespodziewane. To miejsce dla tych, którzy lubią odkrywać, cieszyć się ze spotkań z innymi ludźmi, zastanawiać się jak tutaj będzie za kilka lat. Dla mnie dwa powody, dla których warto tam wrócić to to, co kryje w sobie Adriatyk u wybrzeży Ulcinj, Vandamos czy Baru oraz fantastyczne góry Dormitoru i nie tylko.
Mam nadzieję, że wszystko będzie się tam zmieniało na lepsze. Na razie warto zobaczyć kraj po słowiańsku bliski, po bałkańsku tajemniczy, gdzie parzą dobrą kawę, potrafią wędzić szynkę, i gdzie „pravo” znaczy „prosto”.
Jacek Adamczyk, Kraków, wrzesień 2007.
Subskrypcja
Chcesz otrzymywać informacje o nowosciach w naszym serwisie? Będziesz o nich wiedział jako pierwszy! Wpisz swój adres e-mail: