Veni, Vidi, Bul, Bul!
Witam wszystkich w ten poniedziałkowy wieczór. Równo tydzień temu udało
mi się spełnić część marzenia, które nie dawało mi spokoju od dłuższego
czasu.
Nie zdobyłem żadnego bieguna ani żadnego z ośmiotysięczników, nawet nie osiągnąłem dna Rowu Mariańskiego - choć to co mi się udało wydaje mi się czymś równie "mocnym" i pełnym wrażeń. Większość z Was (być może) uśmieje się trochę a przynajmniej uśmiechnie z lekkim politowaniem - Ale co tam - słuchajta braci nurkowa - dałem wreszcie nura!!! Miejce - Mielno, Morze Bałtyckie, zejście z plaży, głębokość (nawet dokładnie nie wiem) - myślę że max. 1,5-2 m., eksploracja starej barki (a raczej tego co z niej zostało), widoczność - trochę więcej niż na wyciągnięcie ręki, stan morza - 2-4B, temp. wody 15 stopni C. Co do sprzętu to nie bardzo pamiętam, bo jak tylko założyłem piankę i buty - serce i głowa przestały ze sobą współpracować. Wiem, wiem śmieszne przeżywanko śmiesznego zajścia - ale dla mnie możecie się śmiać godzinami - dla Was to zdrowie a ja i tak dałem nura! Tadek (nuras z którym bul, bul - pozdrowienia) i Marcin (jego szef - chyba z Koszalińskiego klubu i sklepu) pomagali mi przy zakładaniu ołowiu i jacketu z butlą (chyba 12l). Potem płetwy i tyłem do wody. Doszliśmy z Tadkiem gdzieś na głębokość 1,5 m i ... spadła mi prawa płetwa. Jak stwierdził Tadek - była źle założona (przed wejściem co prawda pomachałem lewą nogą by sprawdzić i było ok prawą zdążyłem tylko podnieść i musiałem już wchodzić do wody). Ponieważ wcześniej powiedziałem iż choć nie nurkowałem wcześniej to teorię trochę znam (zresztą Marcin przy zapinaniu pasa balastowego chyba mnie sprawdzał - bo zapytał się mnie jak powinien być dobrze zapięty balast (powiedziałem że dobrze zapięty i łatwy do odpięcia) i już nie wiele mi tłumaczył. Jestem w wodzie i nie czuję już tego ciężaru. Ślinka na maskę (chyba Ventura - jedno szkło),przepłukanko, Tadek sprawdził jeszcze raz aparat ja sprawdziłem swój, aparat do ust i słyszę że mam się zanurzyć. (Czy każdy z Was przed Swoim pierwszym nurem nabrał pełno powietrza w płuca?). A więc zanurzam się a Tadek stoi i mnie asekuruje - ze względu na falowanie trzyma mnie za ramię. Niestety byliśmy pomiędzy dwiema płyciznami praktycznie nic nie widziałem poza mnóstwem wodorostów na dodatek te falowanie no i oddech. Wydawało mi się że oddycham normalnie a czułem się tak jakbym nie oddychał a raczej jak bym oddychał przez jakiś ręcznik. Przestraszyłem się bo pomyślałem sobie że się do tego nie nadaję. Krótkie szarpnięcie za ramię i się podnoszę - słyszę że mam wolniej i głębiej oddychać - schodzę raz jeszcze - czuję się już lepiej ale jeszcze mam kłopoty z oddychaniem. I znowu na powierzchnię - słyszę abym sobie spokojnie usiadł na dnie - tak zrobiłem i podziałało - już nie czułem oporów przy oddychaniu, zacząłem się nawet rozglądać i dopiero poczułem się jak w jakimś bardziej przyjaznym świecie. Zanurzyliśmy się razem - tak na wszelki wypadek byłem asekurowany i trzymany za wężyk od konsoli (chyba). Przepłynęliśmy kawałek Tadek dał znak kciukiem do wynurzenia. Na powierzchni usłyszałem że podpłyniemy na zatopioną barkę a raczej marne jej resztki - tak uczyniliśmy. Było wspaniale (tylko trochę byłem za blisko dna - nie mal po nim pełzałem chwilami). Co jakiś czas pod wodą Tadek dawał mi znaki, w którą stronę mamy płynąć.
Widziałem jakieś wystające kable. jakiś słup i coś co przypominało duży
głaz ponad metrowej wysokości cały obrośnięty omułkami (chyba). Opłyneliśmy
go i znowu kciuk w górę. Potem mogłem samemu opłynąć (jak się okazało)
wystający z dna morskiego dość dużych rozmiarów fragment łodzi. Było cudownie
tylko czułem się dość niepewnie samemu. potem po tych samych częściach
Pozdrawiam Was Remigiusz Zajączkowski. <bestarts@poczta.onet.pl> |